Wystąpił błąd w tym gadżecie.

poniedziałek, 22 grudnia 2014

Feels like Xmas - mój świąteczny książkowy must have oraz... KONKURS! :)

Wigilia za 2 dni, a Ty nadal nie masz prezentów, nie wiesz od czego zacząć sprzątanie, a tak właściwie to wciąż zadajesz sobie pytanie, gdzie podział się ten cały Duch Świąt Bożego Narodzenia? Spokojnie! Zanim zupełnie wpadniesz w rozpacz rozplanuj czas tak, żeby znaleźć godzinkę lub dwie na lekturę świątecznych opowieści - rozgrzeją Twoje serce i przypomną o co tak naprawdę chodzi z tą "magią Świąt". ;)


Okres świąteczny zawsze traktowałam jako okazję to nadrabiania braków w czytaniu fajnych książek. Od pewnego czasu zaczęłam dostawać tuż przed Świętami książki z gatunku "magia świąt". Do niektórych z nich mam wielki sentyment i lubię wracać właśnie w tym wyjątkowym czasie.

Źródło: merlin.pl

Balsam dla Duszy na Boże Narodzenie

czyli inspirujące opowiadania dla ogrzania serc, które zebrali i spisali Jack Canfield, Mark Victor Hansen, Carol McAdoo Rehme - to mój zdecydowany faworyt! Po jego przeczytaniu pożyczałam go w kolejnych latach wszystkim członkom rodziny, obdarowałam również osobnymi egzemplarzami przyjaciół. Książka podzielona została na pięć części: Życzliwość, Miłość, Wdzięczność, Wiara i Zachwyt, są niczym tajemnicze składniki magicznej mikstury Świąt Bożego Narodzenia. Na każdy z nich składają się piękne, często bardzo wzruszające świąteczne opowiadania z życia wzięte (cykl "Balsam dla Duszy" to tak naprawdę zebrane listy od czytelników - w każdym kolejnym tomie autorzy proszą swoich czytelników o przesyłanie opowiadań i tekstów na ich prywatne adresy). Jak mówią autorzy: "Mamy nadzieję, że lektura tej książki stanie się częścią twojej świątecznej tradycji, będzie natchnieniem dla twej duszy i ogrzeje twoje serce w te i każde następne Boże Narodzenie" - ze mną i moimi najbliższymi tak właśnie się stało, teraz czas na Ciebie! ;)


Źródło: lubimyczytac.pl

Święta, święta...
Annie Sanders

Pamiętam, że kusiła mnie od samego początku okładką (ach, te czerwone szpilki!). Kupiłam ją na wyprzedaży dopiero kilka lat po wydaniu i... zachwyciłam się! Rzecz dzieje się w Wielkiej Brytanii i napisana jest z iście brytyjskim poczuciem humoru. Punkt widzenia na Święta zmienia się wraz z kolejnymi pojawiającymi się bohaterami i ich (niejednokrotnie doprowadzającymi do łez śmiechu) perypetiami. Wraz z nimi stawiamy czoła świątecznemu szaleństwu i przy okazji przechodzimy przez wnikliwą analizę nas samych i naszego podejścia do Świąt. Jeśli chcesz, możesz potraktować kolejne rozdziały jako listę "koniecznych rzeczy do zrobienia przed Świętami" - złote sentencje na początku każdego rozdziału z przymrużeniem oka traktują temat, ale jak to z sentencjami bywa - jest w nich sporo prawdy. Ty też daj się zarazić ich pozytywną brytyjską energią. ;)





Opowiadania dla dzieci
Maria Dąbrowska

Ta książka stoi w mojej biblioteczce na honorowym miejscu od wielu, wielu lat - dostałam ją jako dziecko od babci na imieniny, dokładnie 12 dni przed Gwiazdką. Od tamtej pory opowiadania pełne miłości i radości wracają do mnie w nieoczekiwanych momentach we wspomnieniach. Tym najbardziej lubianym zdecydowanie jest Boże Narodzenie (możecie przeczytać choćby tu) - historia o charakterze retrospekcji to obrazki z dawnych polskich Świąt, utrwalone oczami dziecka, jakim była wtedy autorka. To Święta, o jakich potajemnie marzyliśmy i my będąc dziećmi: pełne chrzęstu śniegu, dzwonków sań, zapachów z kuchni, radosnego ujadania psów, drżących od przeczuć serduszek dziecięcych i tradycji odmierzanej kolejnymi "rzeczami do zrobienia" - od przywiezienia choinki z lasu, do wspólnego śpiewania kolęd przy nowych zabawkach. A wszystko jak w zaczarowanym półśnie. To zdecydowanie najmilsza opowieść na wieczór przed Wigilią.



Źródło: lubimyczytac.pl

Szczęście w cichą noc
Anna Ficner-Ogonowska

Przeczytałam tę książkę w zupełnie nieświątecznym czasie, bo pod koniec lipca tego roku, co wcale nie przeszkadzało mi poczuć zapach choinki i nabrać chęci na zjedzenie świątecznego piernika. Choć na początku nie było tak różowo - podeszłam do lektury z rezerwą, bo jak to - nie mam ani 30 lat, ani nie spodziewam się dziecka, ani nawet nie planuję rodziny w najbliższym czasie! Tym razem jednak zadziałały względy wizualne - piękna okładka, odmienny kwadratowy format i spora czcionka zachęciły mnie do lektury. Po dwudziestu i kilku stronach zrozumiałam, że są książki, koło których nie da się przejść obojętnie - zwłaszcza, jeżeli są o Świętach. Szczęście w cichą noc napełni ciepłem każde serce, nawet jeśli myślisz, że jest puste i samotne, ukoi też nerwy, skołatane gonitwą ostatnich przedświątecznych dni.



Z upragnieniem czekam już swojej "godzinki dla siebie", bo na razie pochłania mnie świąteczne sprzątanie. Staram się uporać z nadmiarem książek - w końcu przez tyle lat trochę się ich uzbierało... W związku z tym postanowiłam się nimi z Wami podzielić! :) Wystarczy, że weźmiecie udział w moim konkursie "ŚWIĄTECZNIE POLECAM". Co trzeba zrobić, żeby otrzymać książkę dla siebie lub kogoś bliskiego?

1. Pewnie już zdążyliście zauważyć, że Multicoolturalna pojawiła się również na Facebooku. Jeśli jeszcze tego nie zrobiliście - polubcie fanpage - KLIK! :)
2. Udostępnijcie posta konkursowego na swojej tablicy.
3. Jeśli nie posiadacie Facebooka, ale macie konto Google+ możecie powtórzyć te same kroki tutaj - dodać mojego bloga do obserwowanych i udostępnić ten wpis na swoim koncie Google+.
3. Moja miłość do Świąt i do książek chyba nigdy nie przeminie, dlatego chciałabym, żebyście w komentarzu pod postem na Facebooku (lub na blogu - wersja dla Google+) polecili mi swoją ulubioną książkę w duchu Bożego Narodzenia. Dwie "mini-recenzje", które przekonają mnie najbardziej, zdobędą książkę. ;)
4. Nie zapomnijcie, żeby w tym samym komentarzu dodać, którą z zaprezentowanych poniżej książek wybieracie.
5. Z racji, że każda książka jest w jednym egzemplarzu, pierwszeństwo wyboru wśród zwycięzców ma osoba, która pierwsza zgłosiła swój udział w konkursie.


Książki, spośród których możecie wybierać (kliknięcie na tytuł odeśle na stronę z opisem książki):

Ken Akamatsu, LOVE HINA (1 tom mangi), Warszawa 2006.
Meg Cabot, Nieposkromieni, Warszawa 2011.
Bale maturalne z piekła - zbiór opowiadań pięciu autorek, m.in. Meg Cabot i Stephenie Meyer, Warszawa 2010.
Ulysses Moore, Wrota czasu, Warszawa 2006.


Konkurs trwa do 6 stycznia 2015 roku. Po święcie Trzech Króli wybiorę zwycięzców. :)





poniedziałek, 17 listopada 2014

Jesień smaków po krakowsku


W podróżach najbardziej lubię to, że uruchamiają wszystkie zmysły. A jeśli o zmysły chodzi, to nic ich tak nie pobudza jak jedzenie! Wbrew pozorom to nie tylko zmysł smaku - liczy się też sposób podania, unoszący się już od progu kawiarni zapach prażonej kawy, czy szelest zawijanej torebki ze słodyczami. Tyle zmysłowych rozkoszy! *

I choć wakacje już dawno za nami, ja właśnie w takie szare, jesienne wieczory uwielbiam sycić się wspomnieniem tamtych zapachów, widoków i dźwięków, dlatego dziś zabieram Was w mini-podróż kulinarną do Krakowa. :)






Moje wakacyjne zwiedzanie architektury i topografii Krakowa dziwnym trafem zbiegało się z odkrywaniem kolejnych niesamowitych smaków i lokali. Stradom już na zawsze będzie mi się kojarzył z pysznymi piankami i kolorowymi lizakami pod różową markizą, a Kazimierz z kawiarnio-restauracjami w obszernych podwórkach otoczonych winoroślami i ostro-mdłym smakiem hummusa. Najpyszniejsze lody o smaku papieskiej kremówki (jak i same kremówki) znalazłam w drodze z rynku staromiejskiego do kościoła Piotra i Pawła. Wcześniej minęłam Krakowski Kredens, a chwilę później Fabrykę Cukierków. Można oszaleć? Bynajmniej! W takim miejscu dobry humor jest gwarantowany, a czas dobrze wykorzystany do ostatniej milisekundy. ;)






Bombonierka była pierwszym słodkim zaskoczeniem, jakie mnie spotkało następnego dnia rano po przyjeździe do stolicy Małopolski. Zatrzymałam się na Stradomie - fantastycznej dzielnicy, z której piechotą można dojść w 10 minut na Wawel; zresztą wszędzie stąd blisko, a komunikacja jest fenomenalna! Zdążyłam wyjść z kamienicy i przejść parę kroków do skrzyżowania i wpadłam po uszy... wprost pod różową markizę.











Słodki image witryny nie był w stanie dorównać wnętrzu - miałam wrażenie, że trafiłam do Miodowego Królestwa ze świata Harry'ego Pottera w wersji dla dziewczynek mniejszych i większych! Wśród mnóstwa półek, słoików, koszyczków i kubełków prawie straciłam poczucie czasu i gdyby nie poganianie ekipy podróżniczek spędziłabym tam pewnie z pół dnia... Ale czy można nie ulec urokowi takiego miejsca i dokonać szybkiej decyzji?!






Nie pytajcie, jak wielkie były moje zapasy, dość powiedzieć, że wysłałam tam dwa dni później posłańca po dokładkę wielosmakowych i wielokolorowych puszystych pianek... ;)





Jeszcze tego samego dnia nasza ekipa podróżnicza wyruszyła na odkrywanie Kazimierza. To wyjątkowo klimatyczna dzielnica - pełna synagog, małych sklepów i charakterystycznej architektury. To, co najbardziej mi się tam spodobało, to tarasy na niektórych budynkach, które z daleka kuszą orzeźwiającą zielenią. Wiele z nich wykorzystano na potrzeby gastronomiczne, podobnie zresztą jak obszerne podwórka, zacienione drzewami i oplecione żywopłotami. Uwielbiałam zaglądać w takie miejsca z uczuciem zagłębiania się w bramy tajemniczego ogrodu. :)






Ale na lunch skusiło mnie zupełnie inne miejsce - Cheder Cafe. Mój wzrok przyciągnęło oryginalne wejście i egzotyczne menu. Wnętrze tchnie spokojem i niezwykłą aurą, idealną dla strudzonych podróżników, jak i dla poszukujących skupienia przy pracy. :)






Cheder Cafe serwuje smaki izraelskie, bliskowschodnie i śródziemnomorskie. Nasze (jakże smaczne!) wybory, to: izraelski hummus (tradycyjna bliskowschodnia pasta z ciecierzycy z sosem kuminowym i grillowaną pitą - koniecznie wrócę po nią przy kolejnej wizycie! <3), baklava (rodzaj słodkiego ciasta), trufle ze Słodkiej Manufaktury Leona (polecam żądnym oryginalnych przysmaków), lemoniada rabarbarowa i koktajl bananowo-daktylowy z gałką muszkatołową i silanem (w życiu nie próbowałam lepszego!).










Na krakowską ulewę też się znajdzie miejsce idealne. Dla mnie to Pijalnia Czekolady Wedel, umiejscowiona w urokliwej kamieniczce Rynku Głównego, naprzeciw dorożek i Sukiennic. Czekolada to afrodyzjak i lekarstwo na wszelkie smutki (i nie tylko), tak więc deszczowa pora jest w sam raz na szklaneczkę słodkiego, ciepłego (lub trochę mniej, bo Pijalnia ma w ofercie także czekolady na zimno) małego co nieco. ;)









Ci, którzy znają moją miłość do czekolady we wszelkich odmianach domyślają się, jaką katorgą było dla mnie dokonanie jakiegoś wyboru... Ostatecznie zdecydowałam się na gorącą mleczną cynamonową (cynamon to moja druga równorzędna miłość), a w ramach dodatku - orzeźwiającą nutę miętową. Moje towarzyszki także miały spore zamówienia, nie mówiąc już o dodatkowych zakupach poczynionych w sklepie Wedla (koniecznie spróbujcie przepysznych czekoladowych mieszadełek do kawy lub mleka!). Kiedy tylko dostałyśmy zamówienia z ogólnego zachwytu i radości zapomniałyśmy o dokumentacji... Została już tylko resztka na dnie kieliszka, kiedy przypomniałam sobie, że nie mam zdjęcia do fotorelacji... Wybaczcie. ;)







P.S. W dniu odjazdu dostałam od mojej ekipy Migdały Szczęścia z Bombonierki - pięć sztuk, po jednej na każde życzenie. Mają moc tylko wtedy, jeśli otrzymacie je od kogoś, kto Wam dobrze życzy. ;) Jeszcze zostały mi dwa migdały... A trzy życzenia są w trakcie realizacji i chyba bardzo powoli, ale jednak zmierzam ku swoim celom. ;) 


* Z powodu takiego formatu bloga wstawiam zdjęcia w pomniejszeniu. Chcesz zobaczyć większą rozdzielczość? Wystarczy, że klikniesz zdjęcie. :)




wtorek, 28 października 2014

Podróż w nieznane z Beatą Pawlikowską


Czy starczyłoby Ci odwagi, aby wybrać się w samotną podróż do Indonezji? Ale nie taką z hotelem pięciogwiazdkowym, basenem, przewodnikiem i uśmiechniętą obsługą gotową na każde Twoje skinienie za kilka tysięcy, tylko prawdziwą szkołę przetrwania, z plecakiem i bez wcześniejszego planowania, tułając się od jednego przygodnie napotkanego hotelu, do drugiego? Bez względu na to, czy jesteś globetrotterem, czy tak jak ja wolisz te najbardziej ekstremalne podróże oglądać na Explorerze i Animal Planet, musisz przeczytać tę książkę!



Źródło: http://lubimyczytac.pl/ksiazka/154400/podrozuj-modl-sie-i-kochaj


Kiedy przychodzi czas wakacji na mojej liście książek do przeczytania (oprócz tych do nadrobienia) pojawia się zawsze jakiś tytuł z podróżą w tle. Niekoniecznie musi to być coś stricte podróżniczego, ale zdarza się - i tym razem padło na książkę Beaty Pawlikowskiej, znanej podróżniczki. Jej książki są tak popularne, że po prostu wstyd nie przeczytać choćby jednej, a ta jest moją pierwszą. Dostała mi się przypadkiem, wraz z wakacyjnym numerem Glamour. Pozytywnie zaskoczył mnie lekki język i lekkie podejście autorki do przeciwności, jakie napotykała na swojej drodze - dzięki temu i tak dość niewielką książeczkę czyta się z wielką przyjemnością w galopującym tempie. To wymarzona pozycja na szare jesienne dni!


"Podróżowanie to zanurzenie się w codzienności nowego, nieznanego świata."

Bali kojarzy się większości osób z ciepłem, pięknymi widokami i błogim lenistwem, a przy tym brzmi tak egzotycznie! Tak jak wszędzie jednak - codzienność tego miejsca okazuje się prostsza, niż myślimy. Beata Pawlikowska zamiast walczyć z wiatrakami decyduje się poddać otaczającej ją rzeczywistości i zwyczajom miejscowych, nawet jeśli oznacza to dwadzieścia dolarów za kurs do hotelu zaledwie kilka uliczek od lotniska. W chwili, kiedy zgadzasz się na to, co będzie, świat zaczyna się tobą opiekować - pisze podróżniczka, zresztą w duchu filmu "Jedz, módl się i kochaj", który stał się nie tylko inspiracją tytułu książki. Można powiedzieć, że Pawlikowska odbywa podobną wyprawę, jak grana przez Julię Roberts bohaterka obrazu filmowego. Jeżeli zastanawialiście się kiedyś, czy szaman Ketut naprawdę istnieje i jak faktycznie funkcjonuje jego "sanktuarium", to dzięki książce Pawlikowskiej macie szansę spojrzeć na to miejsce w mniej filmowy, a bardziej realistyczny sposób - z całą jego wyjątkowością i hipokryzją. Podróżniczka, podobnie jak bohaterka filmu, wyciąga wiele interesujących wniosków, którymi się z nami dzieli, a żebyśmy posmakowali jej punktu widzenia, w formie komentarza dodaje kolorowe zdjęcia.


"Chodzi przecież o to, żeby znaleźć sens i cel w miejscu, w którym człowiek akurat się znajduje, a nie oddalanie od siebie prawdy za pomocą wyruszania na koniec świata."


"Podróżuj, módl się i kochaj" to przede wszystkim wciągająca narracja, dzięki której mamy wrażenie, jakbyśmy czytali dobrą książkę przygodową, a czasami czujemy się, jakbyśmy odbywali tę podróż razem z Beatą Pawlikowską. Ale wtedy nagle mówimy: "chwileczkę, ale to się DZIAŁO NAPRAWDĘ!". Jeżeli poddamy się tej magii, wtedy z pewnością odnajdziemy w niej prawdy i wartości dla siebie, tak nam potrzebne na co dzień. Książka Beaty Pawlikowskiej to zwyczajna opowieść o  niezwyczajnej wyprawie, dzięki której podróżniczka na nowo uświadomiła sobie sens bycia tu i teraz, bez zbędnych oczekiwań i pytań o przyszłość. Dzięki niej my również mamy szansę to odkryć i śmielej czerpać z życia radość. A czy nie tego właśnie potrzebujemy tej i każdej innej jesieni? :)

piątek, 4 lipca 2014

Alicja w Ogrodzie Saskim

Sztuka współczesna budzi wiele kontrowersji. Jednych zachwyca i zaciekawia swoją innością, dla innych to w ogóle nie jest sztuka. Jedno jest pewne: nie należy jej całkiem spisywać na straty, bo czasami potrafi pozytywnie zaskoczyć nawet zupełnych sceptyków (do których i ja się zaliczam).

W poprzedni weekend zabawiłam w stolicy, a jednym z moich celów była instalacja, o której już od dłuższego czasu było głośno: "Alicja w Ogrodzie Saskim" i jej kontynuacja w budynku Zachęty vis-a-vis Ogrodu Saskiego.







Tak jak wielu ostatnio, również artysta Włodzimierz Jan Zakrzewski uległ magii świata Alicji i to właśnie ta przestrzeń stała się inspiracją do stworzenia niezwykłej instalacji w warszawskim Ogrodzie Saskim. Żeby zobaczyć świat z perspektywy Alicji, wystarczy wejść do tunelu w czarne romby. Jeśli nie chcecie się rozczarować, polecam uważne poruszanie się wewnątrz, patrzenie pod nogi, nad głowę, a także wokół siebie! Przede wszystkim jednak włączcie wyobraźnię (bez niej nie macie po co tam wchodzić) i uczulcie się na muzykę, którą usłyszycie - reaguje na tempo, w jakim osoba wewnątrz tunelu się porusza. 






Po wyjściu na zewnątrz przejdźcie się po tajemniczej ścieżce (na zdjęciu powyżej pomiędzy biało-czarnymi słupkami) - specjalny laser śledzi ruch, dlatego każdy ma szansę usłyszeć swoją własną wersję muzyki ze świata Alicji. :) Na koniec nie zapomnijcie odwiedzić Żółtego - jeśli będziecie ostrożnie koło niego przechodzić, to może się do Was odezwie... ;)





 Wejściówki na wystawę można odbierać w budynku Zachęty. Tam też znajduje się druga część - pełna eksponatów, świadczących o niezwykłej wyobraźni autora i jego współautorów. Szczególną uwagę zwróćcie na camerę obscurę - naprawdę niezwykły przyrząd optyczny, służący do uzyskiwania rzeczywistych rozmiarów. Jestem pewna, że zadziałałby znacznie szybciej niż czekoladki i napój w świecie Alicji. ;)




Karty do gry? Kto powiedział, że muszą służyć tylko do tego? Instalacja "Tralabum i mubalarT" (tak, tak, to zabawne ustawienie wyrazów umożliwiające identyczne odczytanie od lewej do prawej oraz od prawej od lewej, to palindrom!) zatańczy dla Was w rytm dwóch sekwencji muzycznych. Tytuł instalacji odnosi się do bohaterów IV rozdziału książki "Po tamtej stronie lustra i co Alicja tam znalazła", Tralabum i Tralabim.




Jako osoba sceptycznie nastawiona do sztuki współczesnej, ale za to zakochana w baśniach i wielka fanka wszelkich odwołań do krainy po drugiej stronie lustra, chcąc nie chcąc uległam magii instalacji Włodzimierza Zakrzewskiego. Myślę, że czasem warto przystanąć i przypomnieć sobie jak to było kiedyś dawno, gdy nie mieliśmy większych kłopotów z wyobrażeniem sobie, że coś czego nie ma - istnieje, a coś, co nie powinno się poruszać, ani mówić - właśnie to robi. :) Taka sztuka współczesna ogromnie mi się podoba!


Więcej o "Alicji w Ogrodzie Saskim" przeczytacie na stronie Zachęty. Pospieszcie się jednak - instalację można obejrzeć już tylko w ten weekend! ;)


poniedziałek, 16 czerwca 2014

W pogoni za Panem Darcym - "Austenland"



Źródło: joblo.com


Jane jest wyjątkowa: ma XVIII-wieczną wrażliwość, pija herbatę w ręcznie malowanej porcelanie, jej sypialnia przypomina mauzoleum powieści Jane Austen, a od żywego chłopaka na kanapie obok woli... Pana Darcy'ego w telewizji! Brzmi znajomo? Ten film jest dla Ciebie!



A więc twierdzisz, że od 13 roku życia zaczytujesz się w powieściach Jane Austen i znasz doskonale realia życia tamtych ludzi? Sprawdźmy to! - takie wyzwanie rzuca naszej bohaterce właścicielka Austenland - krainy, w której nie istnieją (przynajmniej według Regulaminu) współczesne zachowania i zabawy, ani też nowoczesne wynalazki. Królują tu konwenanse, dawne stroje, a haftowanie pod okiem wziętych aktorów odgrywających angielskich dżentelmenów jest najbardziej godziwą rozrywką. Jane nie trzeba dwa razy przekonywać, że to idealne miejsce, żeby wreszcie zerwać ze staropanieństwem i znaleźć miłość na miarę Pana Darcy'ego - przeznacza wszystkie oszczędności na wakacyjny turnus i...



Źródło: filmweb.pl


...no cóż, nawet nie przypuszcza, jak bardzo upodobni się do bohaterek swoich ukochanych powieści - na turnusie "standard" (podczas gdy reszta pań ma "platynowy"), jako "panna bez fortuny" może liczyć na "specjalne" względy... 






A na jakie względy Ty możesz liczyć? "Austenland" to tak naprawdę opowieść o tym, że od XVIII wieku niewiele się zmieniło i... zmieniło się wszystko. Relacje damsko-męskie wciąż tak samo skomplikowane, a  cała otoczka obyczajowa wcale nie mniej. I gdzie w tym wszystkim znaleźć Pana Darcy'ego? Zanim Jane zda sobie z tego sprawę, wypowie słowa niczym z powieści Jane Austen: "Jestem sama, ponieważ najwidoczniej jedyni dobrzy mężczyźni są fikcyjni". Zabawne, pouczające i całkowicie "charming" - ale o wiele bardziej, niż "dziedziczka fortuny", Panna Charming! ;)


Jakiś czas temu na portalu lubimyczytac.pl miała miejsce dyskusja o literackich miłościach i ideałach. Bez wahania wystukałam: "Pan Darcy". Siedem osób zalajkowało moją wypowiedź, a oprócz tego naliczyłam jeszcze 16 głosów za Panem Darcym. "Co jest z tym Panem Darcym?" - padło pytanie od męskiego rodzynka w dyskusji. Podobnie jak wtedy, tak i teraz niespecjalnie chce mi się tłumaczyć, że to ten cudowny urok dżentelmena i niegrzecznego chłopca w jednym - grunt, że działa i że jest więcej Panów Darcych wśród nas, niż nam się wydaje. ;)


Źródło: www.keepcalm-o-matic.co.uk 

P.S. A taką torbę w stylu Jane to i ja bym sobie chętnie sprawiła. ;)

piątek, 6 czerwca 2014

Stare, ale jare - czyli o tym, że w teatrze klasycy nadal mają się dobrze

Na ostatnich zajęciach z analizy dramatu profesor rzekł do nas: "A teraz, żeby państwo nie myśleli, że czytamy tylko takie starocie, dostaniecie do przeczytania sztukę Masłowskiej". Zdębiałam! Masłowska i dramatopisarstwo? Pisarka, piosenkarka, celebrytka i dramatopisarka w jednym! Jak to mówią: jeśli coś jest do wszystkiego, to jest do... 


Na polskiej scenie teatralnej pojawia się coraz więcej współczesnych tekstów teatralnych (już nie stricte dramatów!). Nie chcę przesądzać, czy to dobrze, czy źle - zmiany są rzeczą normalną, ważne, żeby szły w dobrym kierunku. Czy jednak aby na pewno idą? Chyba niekoniecznie - widzę to po recenzjach i opiniach teatrologów ze swojego środowiska uniwersyteckiego, zresztą studenci też raczej podzielają ich opinię. Adaptacje współczesnych tekstów mają to do siebie, że rzadko kiedy są w stanie wyjść poza to, co proponuje tekst, wydobyć z nich drugie dno, pogłębić ich analizę. Wciąż znacznie większe możliwości reinterpretacyjne dają "starocie" klasyki dramatu oraz nowsze teksty o charakterze intertekstualnym, takie jak chociażby sztuka Toma Stopparda - "Rosencrantz i Guildenstern nie żyją". Teatr im. Wilama Horzycy w Toruniu może poszczycić się jej genialną adaptacją (sztuka odwołuje się do zdarzeń "Hamleta" Williama Szekspira, które rozpatrywane są z perspektywy przyjaciół Hamleta, co staje się przyczyną do opowiedzenia ich własnej historii). Jest świeżo, nowocześnie, a przy tym głęboko i po szekspirowsku.

Zastanawialiście się jednak, co sprawia, że mimo wszystko szybciej pójdziemy na spektakl pod znanym tytułem, niż jakąś dziwaczną nowość? Choć pewnie długo można o tym myśleć i dyskutować, to wydaje mi się, że głównie chodzi nam o poczucie bezpieczeństwa. Wybieramy coś znajomego, do czego mamy pewne podstawy, a jednocześnie wciąż liczymy, że zostaniemy w jakiś sposób zaskoczeni. Niekoniecznie musieliśmy wcześniej znać ten dramat - wystarczy, że wiemy co nieco o jego autorze. Albo kojarzymy tytuł. Znacie to? Carmen, My Fair Lady, Madame Butterfly? Pewnie! Tak samo: jeśli czytaliście kiedykolwiek Czechowa i zachwyciliście się nim, to jest wielkie prawdopodobieństwo, że wybierzecie się na inną jego sztukę do teatru. Ja tak zrobiłam - i nie żałuję.



Źródło: http://teatrpolonia.pl/event-data/1330/32-omdlenia



Zupełnie odrębną rzeczą jest kwestia chodzenia do teatru "na aktora". Powszechna przed wojną, w naszym popkulturalnym świecie zaczyna ponownie dochodzić do głosu. Zdarzyło się Wam wybrać na jakiś spektakl, bo na afiszu widniało głośne nazwisko, albo znajoma twarz? No właśnie.
Miesiąc temu całkowicie uległam magii trzech wielkich nazwisk polskiego teatru - Janda, Stuhr i Gogolewski. Ze spektaklem na podstawie jednoaktówek Czechowa, gościnnie w toruńskim Teatrze im. Wilama Horzycy. Czego można było chcieć więcej?
W momencie, gdy piszę ten post, "32 OMDLENIA" zostały zagrane już 103 razy! Z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że sukces przedstawienia jest zasłużony - jeśli tylko będziecie mieli okazję, odwiedźcie Teatr Polonia w Warszawie 17, 18, 19 lub 20 sierpnia o 19:30. Czemu? "32 OMDLENIA" mają wszystko to, co w teatrze lubię najbardziej! Otóż ten "staroć", ten klasyczny Czechow, zachwyci Was pięknymi epokowymi kostiumami i zaskoczy scenografią oszczędną na tyle, żeby zaznaczyć przestrzeń i czas, a przy tym nie zawęzić, lecz rozbudzić Waszą wyobraźnię. A gra aktorska? Dość powiedzieć, że Jerzy Stuhr jest tak samo zabawny na scenie, jak w swoich najlepszych filmowych rolach komediowych, Ignacy Gogolewski w niezwykły sposób zmienia się ze służącego w pana domu, a Krystyna Janda przyciąga wzrok każdym najdrobniejszym gestem. Jeśli chcecie zobaczyć dobrą sztukę w mistrzowskim wykonaniu - nie zastanawiajcie się długo i już zaplanujcie wakacyjny wypad do teatru! :)


A co do Masłowskiej - zabierałam się do lektury jej dramatu ze średnim entuzjazmem (nie przebrnęłam przez ani jedną jej powieść...). Czytanie dramatu - o dziwo -  ukończyłam, ale wciąż pozostałam fanką klasyków... ;) Teraz z ciekawością czekam na sceniczną adaptację "Między nami dobrze jest", bo tekst mnie zaciekawił, choć nie porwał. A kto chce wiedzieć, jak ostatecznie oceniłam dzieło Masłowskiej, niech sprawdzi na lubimyczytac.pl! :)


poniedziałek, 14 kwietnia 2014

3 filmy, których nie możemy się doczekać!

Chociaż niedawno zaczął się kwiecień, my filmowo nastawiamy się na maj. Z niecierpliwością śledzimy wszystkie nowinki w internecie i wypatrujemy wywiadów w czasopismach. Te trzy filmy mają szansę stać się wielkimi hitami i zdobyć najbardziej prestiżowe nagrody filmowe. Zapiszcie sobie daty premier w kalendarzu!


Grace księżna Monako

Premiera: 16 maja 2014


Źródło: https://www.facebook.com/FanpageLubieFilmy?filter=3


Legenda Grace Kelly jest wciąż żywa - co i rusz staje się ona inspiracją mody, filmu i sztuki. Już 16 maja wchodzi na ekrany kin film, w którym Nicole Kidman zmierzy się ze sławą słynnej oscarowej aktorki, która dla tytułu rzuciła sztukę i została księżną Monako. 
Według polskiego ELLE*, będzie to zupełnie inny film niż wszystkie, jakie do tej pory powstały o księżnej, bo dotyczący tylko pewnego (bardzo dramatycznego) wycinka z życia Grace. Film już wzbudza kontrowersje w kręgach rodzinnych Grace Kelly, jednak to nie konteksty polityczne kuszą najbardziej - jak zwykle zapowiadana jest wielka moda i wielkie marki. Nie możemy się doczekać, bo na potrzeby produkcji Cartier wykonał replikę biżuterii księżnej!







Yves Saint Laurent

Premiera: 23 maja 2014


Źródło: http://www.agentofstyle.com/2014/01/30/yves-saint-laurent-the-movie-paris-apartment/

Pierre Niney - o tym objawieniu francuskiego kina pisałam przy okazji omawiania komedii romantycznej "Miłość po francusku" - i już wtedy wiadome było, że zagra wielkiego kreatora mody, Yves Saint Laurenta. Teraz, gdy do premiery został miesiąc, w sieci znaleźć można całe mnóstwo fotosów i kilka zwiastunów. Charakteryzacja zniewala, tak bardzo upodobniła młodziutkiego aktora do Mistrza. Jednak nie sama charakteryzacja czyni postać - Pierre Niney pracował nad swoją rolą poświęcając się jej bez reszty, starając się wniknąć w postać Saint Laurenta, jego ruch, gesty, mimikę twarzy, a nawet głos! Jak mówi w wywiadzie dla polskiego ELLE: "Podszedłem do tego jak badacz, archiwista, dziennikarz, dokumentalista"**

Wywiad w ELLE jeszcze bardziej zachęcił mnie do obejrzenia filmu, którego niewątpliwym walorem jest wykorzystanie oryginalnych kostiumów wykonanych przez Yves Saint Laurenta. Ogrom pracy włożonej przez Pierra Niney, droga, jaką przeszedł w ciągu ostatnich kilku miesięcy, a także niesamowita wrażliwość i szczerość aktora są dla mnie najlepszym gwarantem wysokiego poziomu "Yves Saint Laurenta" oraz przyszłego sukcesu tej produkcji.







Czarownica

Premiera: 30 maja 2014


Źródło: http://maximleone.blogspot.com/

Już nie raz dawałam wyraz swoim zachwytom nad wszelkimi re-interpretacjami znanych baśni i motywów bajkowych w ostatnio powstających produkcjach. Jestem ich totalną fanką i z wielką uwagą śledzę kolejne tytuły. Jakaż była moja radość, kiedy któregoś dnia natrafiłam na pierwszy zwiastun "Maleficent"! Diabolina - to polskie tłumaczenie oddaje wyjątkowy charakter postaci złej wróżki z baśni o Śpiącej Królewnie. Pod tą nazwą kryje się mnóstwo niedopowiedzeń - "miejsc niedookreślenia", jak powiedzieliby teoretycy literatury - które czytelnik baśni (w tym wypadku filmowcy) może dowolnie wypełnić nowymi treściami. W taki sposób powstała fabularna re-interpretacja animowanej disneyowskiej "Śpiącej Królewny", dokonana... przez Disneya! 

Zwiastun mnie oczarował, polski dubbing wyjątkowo pasuje, szczególnie barwnie wypada dubbing Angeliny Jolie, która wcieliła się w tytułową Czarownicę. Jak zwykle nie mogę się doczekać muzyki - na razie w kółko odtwarzam cover słynnej piosenki "Once upon a dream", który specjalnie do tego filmu (w wersji "dark") nagrała Lana del Rey. 




Jestem pewna, że zarówno kreacja Angeliny, jak i cały film będą inspiracją dla następnych twórców. Mnie już to zainspirowało do własnego projektu! ;)









Maj zapowiada się niezwykle modnie, filmowo i - cóż - kostiumowo! My już szykujemy portfele na te trzy premiery! ;) 
A Wy - wybierzecie się?




*Notka na temat filmu ukazała się w najnowszym numerze ELLE Polska (05/2014).
**Cały wywiad z Pierrem do przeczytania w majowym ELLE na stronie 48. Lubimy i polecamy! :)

czwartek, 20 marca 2014

"Dam ci serce szczerozłote"

Nie wiem jak Was, ale mnie ostatnio pogoda nie rozpieszczała. Przelotne ulewne deszcze i silny wiatr, od którego pies mojej przyjaciółki dostaje ze strachu kota, a ja sama chwieję się jak trzcina przy swoim słusznym wzroście - iście jesienna aura, dopiero dziś wyjrzało słońce! Zanim więc na dobre przywitamy wiosnę, proponuję zebrać w weekend ekipę i na poprawę humoru upiec wspólnie czekoladowo-imbirowe serca, mmmm pycha!

Ciasteczka upiekłam według przepisu pochodzącego ze zbioru "Pyszne ciasteczka na Boże Narodzenie" (!), ale prawda jest taka, że większość z prezentowanych receptur jest tak uniwersalna, iż można je stosować na niemalże każdą okazję i bez okazji. Nasz przepis jest teoretycznie na 60 sztuk, ale mi wyszło 100 - 4 blachy po 25 ciasteczek (ilość, jak sądzę, zależy od tego, jakie ciasteczka chcecie uzyskać - cieńsze czy raczej grubsze).






Pierwsze co musicie zrobić, to upewnić się, czy macie wolne popołudnie - zakupy, a potem przygotowanie (a szczególnie krojenie poszczególnych składników) zabierają trochę czasu. Dlatego im więcej osób weźmie udział we wspólnym pieczeniu, tym szybciej pójdzie Wam praca. ;)

Sprawdźcie, czy macie wszystko co potrzeba w swojej kuchni, a następnie wybierzcie się na zakupy po brakujące składniki.

Ciasteczkowa lista zakupów:

100 g rodzynek
125 g gorzkiej kuwertury (ja użyłam gorzkiej krakowskiej czekolady Wawel)
200 g białej kuwertury (w moim przypadku biała czekolada od Wedla)
60 g świeżego imbiru
1 jajko
60 g miękkiego masła
100 g cukru
rdzeń 2 lasek wanilii 
200 g mąki
1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
80 g pistacji
papier do pieczenia
folia aluminiowa
foremka w kształcie serca - jeśli nie posiadacie (szerokość 5 cm, do kupienia np. w sklepach, o których pisałam jakiś czas temu)




Wszystkie składniki powinniście bez trudu znaleźć w każdym hipermarkecie. Jak zaoszczędzić? Na przykład kupując pistacje na wagę, a nie w torebkach - są znacznie tańsze, a smakują tak samo. 

Zabieramy się do pracy! 

W pierwszej kolejności czeka nas dużo krojenia, siekania i ścierania - rodzynki sieczemy drobno, obieramy imbir (niesamowicie pachnie taki świeży!) i ścieramy również drobno. Gorzką kuwerturę (czekoladę) musimy posiekać, ale równie dobrze możemy zetrzeć na tarce - dość sprawnie wtedy to idzie. 

Do wysokiej miski wkładamy cukier, masło oraz rdzeń dwóch lasek wanilii (kolejny raz będziecie zachwyceni zapachem! <3). Ucieramy mikserem na pianę przez 10 minut, następnie stopniowo dodajemy wcześniej roztrzepane jajko. Zmieniamy końcówki w mikserze na te do zagniatania ciasta i wyrabiamy gładkie ciasto, dodając mąkę, proszek do pieczenia, rodzynki, zmieloną kuwerturę i imbir. Mój mikser średnio sobie radził z tym zadaniem, więc koniec końców ucierałam ciasto ręcznie.




Ciasto dzielimy na dwie połowy, zawijamy w folię i wkładamy do lodówki na godzinę. Nie marnujemy czasu - ścieramy białą kuwerturę/czekoladę oraz drobno kroimy pistacje. Po odczekaniu godzinki, każdą połowę ciasta rozwałkowujemy między 2 arkuszami papieru do pieczenia na prostokąt 40x35 cm. Papierem wykładamy też blachy. Z ciasta wykrawamy serduszka i układamy je na blachach w odstępach ok. 2 cm.




Przepis mówi, żeby piec ciasteczka  ok. 15 minut w piekarniku nagrzanym do 180°C (z nawiewem: 14 minut przy 160°C), na drugim poziomie od dołu. Jednak jak ze wszystkim trzeba przekonać się samemu i robić według własnego sprzętu - w moim przypadku wystarczyło 9 minut i ciasteczka były złotobrązowe. A jaki zapach w całym domu! :)




Odstawiamy ciasteczka do ostudzenia. W tym czasie możemy się zabrać za coś, co wszyscy "lubimy najbardziej", czyli za ogarnięcie kuchni. :D Oczywiście będziemy jeszcze ciasteczka obtaczać, ale gwarantuję Wam, że robi się to znacznie przyjemniej w niezagraconej kuchni. ;)




Kiedy ciasteczka są już chłodne, rozpuszczamy białą kuwerturę/czekoladę na małym ogniu - możecie dodać odrobinę masła, nie będzie się dzięki temu przypalać. Serca zanurzamy w czekoladzie do połowy i po odsączeniu obtaczamy ich boki w pistacjach. Zostawiamy do wyschnięcia na papierze do pieczenia.





Teraz wystarczy, że pięknie ułożycie Wasze serca na talerzu (możecie je sparować, żeby podkreślić białe połówki) i udekorujecie bakaliami. Smacznego! :)






P.S. Przepraszamy Was za ten zastój na blogu - obie z Kalianą miałyśmy ostatnio gorszy okres, ale mamy nadzieję, że teraz uda nam się przełamać złą passę i wrócić do czynniejszego blogowania. ;)


sobota, 8 lutego 2014

Piernik w muzeum - czyli jak smakowicie spędzić wolny czas ;)


Sesja w pełni, ale nawet wtedy - a może WŁAŚNIE wtedy - należy znaleźć czas na wyluzowanie i reset szarych komórek. Jeśli tak jak ja macie kilka dni oddechu pomiędzy zaliczeniami, albo dysponujecie większą ilością wolnego czasu i nie wiecie, jak ciekawie ją spożytkować - zapraszam do odwiedzenia muzeum! :)



Już słyszę te jęki: jak to, muzeum? Przecież to taka nuda, jak można tam spędzić więcej niż 5 minut?! Moim zdaniem nuda to ostatnia rzecz, jaką można zarzucić wystawie "Świat Toruńskiego Piernika"! Jeśli chcecie dowiedzieć się więcej o historii słynnego rarytasu toruńskiego, poznać średniowieczną recepturę oraz własnoręcznie (!) wykonać piernik dekoracyjny, który potem zabierzecie ze sobą - koniecznie wpadnijcie do Domu Mikołaja Kopernika na ul. Kopernika 15/17! :)








Do Świata Toruńskiego Piernika schodzimy stromymi schodami w dół - do piwnic kamienicy Domu Kopernika. Bez obaw - nie jest tam wcale zimno! Ogrzewa nas ciepło bijące od pieców, znajdujących się w dalszych, ukrytych pomieszczeniach. A tymczasem zasiadamy przy drewnianym stole i... zabieramy się do pracy!





Przed nami trudne zadanie: rozgniatanie twardego jak kamień ciasta w dłoniach do chwili, gdy stanie się ciepłe i zacznie się kleić. Trwa to dobrych kilka minut, ale czego się nie zrobi dla pięknego piernika! No i już po chwili możemy napawać się zapachem przypraw korzennych...




Następny krok, to rozwałkowanie ciasta w taki sposób, by pasowało do konkretnej formy. Do wyboru mamy kilka różnych form - między innymi popularną Katarzynkę. Ja zdecydowałam się na przepiękną karetę - jak na księżniczkę przystało! :D




A tak wyglądał mój piernik po odciśnięciu w formie. :) Wszystkie je pozbierano i zaniesiono do wypieku. Poniżej możecie zobaczyć stół, przy którym pracowaliśmy - w kubkach z pędzlami znajdował się olej rzepakowy, którym smarowaliśmy formy przed wyłożeniem na nie ciasta. 




Podczas gdy nasze pierniki siedziały w piecu, my zwiedzaliśmy pozostałe pomieszczenia piwnicy. W trakcie tego spaceru poznaliśmy oryginalną średniowieczną recepturę, dowiedzieliśmy się więcej o przyprawach dodawanych do piernika (mieliśmy okazję je również zobaczyć, dotknąć i poczuć - wszystkie pachniały obłędnie!), a także odkryliśmy pochodzenie słowa "piernik". Czy wiecie, że nasze pierniki znacznie różnią się od pierników angielskich? ;) Różnica zapisana jest już w samej nazwie, gdyż polski "piernik" pochodzi od "pieprzu" na oznaczenie charakterystycznego, ostrego (pieprznego) smaku, natomiast angielski (ginger bread) nosi w nazwie imbir jako główną przyprawę tych smakołyków.


W kolejnych salach czekają na Was różne ciekawostki i niespodzianki, m.in. degustacja toruńskich pierników. W piwnicach zgromadzono także dawne formy piernikowe, przedstawiające polskie godło, jak i figury władców. Przy okazji dowiedzieliśmy się, jak dawniej dekorowano pierniki (te przeznaczone dla ważnych person w inny sposób, niż dla zwykłych obywateli). Pośród ważnych pamiątek i zbiorów znajduje się również szczególna - forma, z której wyszedł piernik wysłany Papieżowi Janowi Pawłowi II. 


Na pożegnanie ze Światem Toruńskiego Piernika dostaliśmy swoje wypieki - jeszcze gorące i przepyyyyysznie pachnące! Szkoda tylko, że nie można ich było zjeść, ale cóż - te dekoracyjne są znacznie bardziej twarde i mniej słodkie od normalnych. Odbierając swoją karetę dowiedziałam się, że były one robione na podarunek młodej parze, aby przynosiły szczęście. Kto wie, może i mnie przyniesie szczęście ta moja? ;)


A tak wyglądają nasze pierniki po wypieczeniu! Wciąż cudownie pachną przyprawą korzenną... <3



A czy Wy lubicie muzea? A może odwiedziliście ostatnio muzeum, które Was pozytywnie zaskoczyło? :)